Początek tych wspomnień sięga roku 1991, gdy wraz ze 130 załogami w najstarszych automobilach z kilkunastu krajów dojechaliśmy z Amsterdamu do Moskwy i czuliśmy z tego powodu ogromną satysfakcję. Zwiedzając jedną "stolicę świata" zakiełkował tu plan poznania drugiej stolicy. Jedźmy więc do Ameryki!!! A jeżeli będziemy już w USA, to przejedźmy całe Stany starymi automobilami ze Starego Kontynentu starą, legendarną drogą US-66.
Transkontynentalna droga US-66 nie jest dziś oznakowana na mapach USA. Ale w świadomości Amerykanów jest żywą legendą, nazywaną Matką Dróg. To o Niej śpiewano pieśni. Ona była bohaterką powieści Johna Steinbecka "Grona Gniewu".
W kilku stanach działają kluby kultywujące tradycje ROUTE-66, a szczególnie Jej związki z amerykańską motoryzacją.
Przejazd z Chicago do Los Angeles, a jeszcze dojazd z Waszyngtonu i transport zabytkowych aut na drugi kontynent oznaczał znaczny wysiłek organizacyjny i wyzwanie dla międzynarodowego klubu CAAR działającego również w Polsce.
Przygotowania rozpoczęliśmy od zbierania informacji o historii ROUTE-66. Dowiedzieliśmy się, że pierwsze znaki symbolizujące federalny status US-66 pojawiły się w 1926 roku na 2500 milowym odcinku z rejonu Wielkich Jezior do Pacyfiku, a dziewięć lat później ukończono budowę tej drogi łączącej Chicago z Santa Monica. Ta pierwsza utwardzana droga wiodła szlakiem zdobywców Dzikiego Zachodu z końca XIX wieku. Jako symbol amerykańskiej subkultury przetrwała lata gigantycznych wędrówek ludu do Ziemi Obiecanej, jaką była Kalifornia w dobie Wielkiego Kryzysu. Potem zastąpiły Ją nowoczesne autostrady, a Drogę skazano na zapomnienie. Nie na długo jednak. W świadomości Amerykanów pozostała jako symbol, więc teraz w miarę postępu cywilizacji i rozwoju nowoczesnych dróg jest kultywowanym skansenem niedawnej jeszcze przeszłości.
Taka perspektywa połączenia podróży historyczną drogą na historycznych samochodach doskonale pasowała entuzjastom należącym do międzynarodowego Klubu Antycznych Automobili i Rajdów (CAAR). Głównej organizacji rajdu podjął się klub holenderski. Na przygotowania potrzebował dwa lata, więc ustaliliśmy termin przygody na jesień 1993 roku. Wśród polskich kolekcjonerów perspektywa przejechania Ameryki wzbudziła duże zainteresowanie, ale pierwszą selekcją były spore koszty wyprawy. Oczywiście prowadziliśmy intensywne poszukiwania sponsorów, ale skutki były raczej mizerne. W rezultacie z Polski przygotowało się 7 załóg (w kolejności wieku pojazdów):
- BMW-DIXI z 1928 roku Stanisława Tabisza z Opola
- FIAT 514 z 1929 roku Arlety Adam z Poznania
- DKW-IHLE z 1934 roku Tomasza Skrzelińskiego z Warszawy
- LAND ROVER z 1952 roku Konrada Majkowskiego z Warszawy
- TRIUMPH SPITFIRE z 1965 roku Wincentego Tkacza ze Świętochłowic
- MG typ B z 1965 roku Dariusza Filimowicza z Lublina
- RENAULT CARAVELLE z 1966 roku Macieja Witowskiego z Częstochowy.
W całym rajdzie wystartowało łącznie 136 pojazdów z 9 krajów. Prawie po 50 załóg stanowiły reprezentacje Holandii i Niemiec, ale byli również Belgowie, Francuzi, Austriacy, Anglicy i Szwajcarzy. Na miejscu do rajdu dołączali się koledzy z Kanady i USA.
Na miesiąc przed startem w Waszyngtonie, polska ekipa pechowo rozpoczęła rajd od zbiórki wszystkich pojazdów w moim warsztacie, aby załadować auta na transportową lorę i dowieźć je na prom w Bremerhaven. Zamiast zobaczyć Witka Tkacza i jego Spitfire'a, odebrałem telefon, że koło Radomska w niezrozumiały dla niego sposób rozmnożył mu się wał korbowy. Teraz składa się on z dwóch przełamanych kawałków, a silnik raczej nie chce pracować. Zaproponowałem Witkowi by jednak dowiózł resztę Spitfire'a i bagaże, to na miejscu podejmiemy ostateczną decyzję.
Wysłaliśmy więc do Ameryki większość aut i bagaże Witka, ale ze Spitfirem musieliśmy nieco powalczyć. Jego silnik nadawał się do wyrzucenia, ale przypomniałem sobie że mam do remontu podobnego Triumpha, więc może silnik da się wykorzystać.
Rzeczywiście był to dobry pomysł, ale ten mój silnik wymagał całkowitego demontażu, dorobienia panewek, dotarcia i ogólnego przeglądu. Mieliśmy w zapasie jedną dobę, więc w warunkach rajdowych duży zapas czasu. Pracując non-stop następnego dnia uruchomiliśmy i założyliśmy drugi silnik. Jego docieranie odbyło się na platformie Pomocy Drogowej, którą jeszcze przed granicą dogoniliśmy transport pozostałych aut. Pośpiech zresztą był mało potrzebny, bo w Bremerhaven był odpływ i statek do Baltimore odpłynął z dwudniowym opóźnieniem. Tylko kto mógł to przewidzieć??
Statek z klubowymi pojazdami dopłynął jednak do USA w terminie, a większość uczestników rajdu spotkała się na lotnisku w Amsterdamie, by potężnym Jumbo-Jetem dolecieć w niedzielę 19 września do Waszyngtonu. Nielicznym wyjątkiem był Konrad Majkowski z żoną Zosią, bo sponsorowani przez Polskie Linie Lotnicze LOT otrzymali darmowe bilety, ale do Chicago, skąd z przygodami, zwiedzając po drodze Nowy Jork dojechali do Waszyngtonu.
Drugi dzień rajdu jest przeznaczony na odebranie aut z portu w Baltimore, uruchomienie pojazdów i pierwszą samodzielną jazdę weteranami do Waszyngtonu w prawdziwie amerykańskim ruchu ulicznym. Bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie że w przejeździe biorą udział tylko kierowcy, a piloci czekają w hotelu. Ale do zmroku wszystkie pojazdy dojechały do Waszyngtonu, choć niektóre już wymagały niewielkiego serwisu.
Następny dzień jest przeznaczony na zwiedzanie stolicy USA, chyba że ktoś miał kłopoty techniczne. W polskiej ekipie Land-Rover wymagał tylko doregulowania silnika, ale BMW-DIXI całkowicie straciło ładowanie. Poszukiwania fachowców od elektryki w rejonie Waszyngtonu skończyło się podróżą z prądnicą i reglerem aż pod Nowy Jork, gdzie specjalista (Polak!!) przelutował i przetoczył komutator i doregulował regler. Teraz wszystkie polskie pojazdy są OK, a wieczorem wysłuchuję opowieści od kolegów zwiedzających centrum stolicy USA.
Czwartego dnia rajdu pakujemy bagaże i jedziemy na start. Nasz parking jest usytuowany na błoniach pomiędzy Białym Domem a Pomnikiem Waszyngtona i rzeką Potomak. Często odbywają się tu państwowe uroczystości, a codziennie rano zwykle biega tu Prezydent Clinton.
Przed południem wreszcie startujemy, przy czym każda załoga będzie od dziś jechać własnym tempem, byle tylko dojechać tego dnia do celu. Polska grupa jeszcze dla fasonu objeżdża kwadrat ulic wokół Białego Domu i teraz tylko trzeba trzymać kierunek na zachód. Wyjeżdżamy z Dystryktu Columbia, a przed nami Virginia, Zachodnia Virginia, Maryland i Pennsylvania.
Już tego dnia poznaliśmy pierwsze trudności rajdu. Jedziemy w normalnym ruchu drogowym naszymi niezbyt normalnymi pojazdami. Co chwila wyprzedzają nas ogromne ciężarówki, a droga prowadzi przez Apallachy - góry, po których nasze najsłabsze pojazdy poruszają się często na pierwszym biegu. W rezultacie na pierwszy camping schowany gdzieś w Parku Narodowym na który zresztą ledwo trafiam, dojeżdżam przed północą. Jest zimno, pada deszcz. Marznę w pośpiesznie rozbitym namiocie wraz ze Stasiem Tabiszem i mimo że śpimy ubrani jak do jazdy kabrioletami w zimę, przed świtem zapada decyzja: po sto gramów na głowę (gardło) z zapasów przywiezionych jeszcze z Polski.
Kolejny dzień to też trasa kilkuset kilometrów na zachód do Ohio. Wypracowuję strategię podróży: jechać non-stop z maksymalną szybkością, ale również oszczędzać autko szczególnie w czasie podjazdów pod górę. Moje IHLE-DKW należy do najsłabszych pojazdów w rajdzie, bo w młodości dysponowało mocą zaledwie 18 KM. Teraz samochód jest obładowany bagażem tak dużym, że część umieszczona jest w dodatkowym kufrze nad kołami zapasowymi. Wymaga to szczególnego dobierania ciśnienia w kołach: nieco za niskie - to jazda z nadmiernie ugiętymi motocyklowymi oponami; za duże - grozi rozerwaniem drutów w ogumieniu o wymiarze 4.00x19.
Tego dnia zza szyb automobilu obserwuję zjawisko niespotykane w innych rejonach USA: na drodze pełnej pędzących aut pojawiają się konne zaprzęgi i ubrani na czarno podróżni. Tu mieszkają Amisze - ludzie którzy rezygnują ze zdobyczy współczesnej cywilizacji i prowadzą surowy tryb życia przeniesiony z polowy dziewiętnastego wieku.
Dzisiejszy etap kończymy żmudnym poszukiwaniem wskazanego przez Organizatora campingu. Są chwile wesołości, gdy wśród pól kukurydzy na skrzyżowaniach dróg z czterech stron jednocześnie nadjeżdżają uczestnicy rajdu, a każda grupa jest przekonana że jedzie właściwą drogą.
Rajdowy itinerer jest bowiem mocno uproszczony. Mój pilot proponuje mi chytre posunięcie: zatrzymujemy przypadkowy miejscowy pojazd i pytamy gdzie jest ten camping. Tubylec mówi, że chyba wie, ale lepiej będzie jeżeli po prostu pojedziemy za nim. To bardzo uprzejme - więc on prowadzi. Ale po przejechaniu ze 30 km zaczynamy mieć wątpliwości czy nie jedziemy gdzieś do odstrzelenia. Zatrzymujemy się, a nasz "przewodnik" robi to samo, ale zachowuje odpowiednio duży dystans. Gdy my ruszamy - on rusza również. Jedziemy tak w samotności, a wokół ściany kukurydzy. Postoje powtarzają się kilkakrotnie a nas nachodzą czarne myśli. Przejechaliśmy już ponad 50 km i wreszcie są jakieś zabudowania. Okazuje się że na polnym campingu jesteśmy dziś jedni z pierwszych. To był jednak porządny tubylec-przewodnik.
Kolejnego dnia mamy nadzieję dojechać do Chicago. Stosunkowo spokojnymi, bocznymi drogami przejeżdżamy przez stan Indiana, ale w Illinois czujemy coraz większy ruch samochodów. Nic dziwnego - dojeżdżamy do ogromnego miasta nad Jeziorem Michigan.
Nasz camping leży w zachodniej części Chicago i jest chyba najtańszym i najgorszym campingom w tym rejonie. Aby rozbić namioty należy najpierw wygrabić kamienie z wybranego placyku. Dopada nas wtedy rój komarów, które rozbudzamy naszą działalnością Mamy tu mieszkać przez dwie noce więc trzeba się uzbroić w cierpliwość lub specyfik na komary. Ale przecież Chicago to w połowie polskie miasto! Już o rajdzie i przyjeździe Polaków informuje tutejsze Polskie Radio, a my na dzisiejszy wieczór jesteśmy zaproszeni do Domu Podhalan. Prosimy więc by ugoszczono nas dużą ilością płynu przeciwko komarom.
Na spotkanie z Polonią jedziemy całą polską grupą i zabieramy jeszcze Organizatorów rajdu.
Przyjęcie w Domu Podhalan przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania, choć trochę znamy typową polską gościnność. Uginające się odjadła stoły, mnóstwo Polaków, góralska kapela, przemówienia, prezenty. Jesteśmy wygoszczeni, wyściskani, wybawieni. Nasi zagraniczni koledzy gotowi są teraz uwierzyć ze Chicago to całkowicie polskie miasto.
Wracamy na camping, gdzie tego wieczora padający deszcz rozmył nasze namioty. Niezbyt to nam przeszkadza, niektórzy zasypiają w śpiworach bez namiotów.
Następnego dnia dla całego obozu wydajemy śniadanie z resztek jadła po wczorajszej kolacji, a na dodatek wszystkich potrzebujących skraplamy specyfikiem przeciwko komarom, który też dostaliśmy od Polonii. Po śniadaniu - cały rajd jedzie na samochodowy pokaz do dzielnicy Berwyn.
Oprócz naszych aut z Europy przyjechało tu kilkaset zabytkowych i kolekcjonerskich pojazdów z Chicago.
Polska ekipa parkuje razem i oczywiście pod polską flagą Po chwili z sąsiednich domów przychodzą gospodarze - Polacy i zapraszają do środka w odwiedziny. Rzeczywiście jesteśmy chyba w polskim mieście.
Gościna jest serdeczna, ale naszym samochodom przydał by się techniczny przegląd po tej "dojazdówce" do Chicago i przed startem po prawdziwej ROUTE-66.
Po pewnym czasie jesteśmy więc wszyscy w ogromnym warsztacie samochodowym, gdzie możemy usuwać usterki w naszych pojazdach. To nic, że jest sobota i warsztat powinien być zamknięty. W Ameryce klient nie ma wstępu na halę napraw samochodów - ale dla nas ten zakaz nie istnieje. Właściciel i Polonusi zasypują nas specyfikami na poprawną pracę samochodowych mechanizmów - oczywiście gratis. Jesteśmy wzruszeni tą pomocą, z której korzysta również kilku innych uczestników rajdu - szczególnie tych, którzy już wczoraj przekonali się że Chicago to prawdziwie polskie miasto i tu dobrze jest trzymać się blisko Polaków.
Niestety, po weryfikacji w warsztacie wycofuje się z rajdu nasz FIAT-514 ze względu na awarię skrzyni biegów. Załoga przesiada się do innych aut. Za to do polskiej ekipy i do rajdu dołącza Piotr Lepiarski, mój kuzyn mieszkający w Kanadzie, a dosiadający leciwą SKODĘ S-100. Przyjechał nas odwiedzić "na chwilę", a okaże się że dojedzie z nami aż do końca rajdu.
W niedzielę, 26 września rozpoczynamy właściwą podróż po Historycznej Drodze 66, zwanej przez Amerykanów Matką Dróg. Rajd jedzie do centrum miasta, by przy historycznym początku trasy wystartować na znak Burmistrza Chicago.
Trasa rajdu jest tak dobrana, by przejechać po wszystkich zachowanych odcinkach starej drogi. Oczywiście niektóre jej fragmenty są wielokrotnie przebudowane, szczególnie w takim rejonie jak Chicago. Ale już pod koniec dzisiejszego etapu liczącego ponad 400 km będziemy jechać przez odcinki gdzie ruch samochodowy maleje i czujemy że droga i jej otoczenie jest jakby nie z tej epoki.
Kolejnego dnia czeka nas najdłuższy odcinek - prawie 600 km trasy. Najsłabsze auta wyjeżdżają o świcie. Jednym z nich jest nasze BMW-DIXI z silniczkiem o mocy 15 KM. Mamy nadzieję spotkać się wieczorem w Springfieid (w Missouri). Niestety, jeszcze przed St. Louis i pięknym łukiem - bramą nad rzeką Missouri, widzimy przewrócone BMW na skraju autostrady, wokół policja i rozgorączkowani uczestnicy rajdu, a nasi koledzy z DIXI podobno zostali odwiezieni do najbliższego szpitala...
ciąg dalszy >>>