
Żeby
osiągnąć ten efekt wcale nie trzeba wbijać pedału gazu w podłogę,
moc rozwija się harmonijnie i nawet po dotarciu do ostatniego,
szóstego przełożenia auto nadal przyspiesza, mimo że ostatnie trzy
biegi są bezpośrednie, czyli o przełożeniu poniżej jednego. Możliwe
to jest dzięki genialnej skrzyni DSG, która jest chyba najszybszym
znanym mi automatem. Przede wszystkim redukcja trwa tu odczuwalnie
krócej niż w innych skrzyniach, nie zdarzyło się także, aby po tym
niedługim namyśle przekładnia wybrała niewłaściwy bieg.
O zaletach
tego zespołu napędowego mówiono i pisano chyba już wszędzie, bo
koncern VW montuje go we wszystkich autach bazujących na piątej
generacji Golfa (a Toledo to też przykład na to, co można zrobić z
poczciwego Golfa). Silnik 2.0 TDI doczekał się także mocniejszego,
170-konnego wariantu, na razie jednak nie jest on oferowany ze
skrzynią DSG. Po prostu nie wytrzymuje ona zbyt wysokich wartości
momentu obrotowego. Szkoda, ale miejmy nadzieję, że inżynierowie
poradzą sobie z tym problemem.
Wróćmy
zatem do naszego Seata Toledo. O gustach naturalnie dyskutować nie
zamierzam, powiem jednak szczerze i uczciwie: moim skromnym zdaniem
pojazd ten jest po prostu brzydki jak nieszczęście. Stwierdzone,
zapomnijmy, oceniajmy obiektywnie.
A oceniać
jest co, bo samochód ma wiele zalet i fajnych, przemyślanych
rozwiązań. Z tym, że jak to w życiu bywa, zawsze znajdzie się jakieś
„ale”.

Ot choćby
fotele – jak wszystkie skonstruowane w Volkswagenie wyglądają
rewelacyjnie: świetnie wyprofilowane, z wysokimi oparciami,
doskonałym trzymaniem bocznym i regulacją także na wysokość. Siedzi
się w nich naprawdę wygodnie, ale... podparcie lędźwiowe w oparciu
ma bardzo mały zakres regulacji i po kilkuset kilometrach trochę za
bardzo się „wpada” w połączenie siedziska z oparciem. Kręgosłup może
rozboleć... z tym że rzeczywiście tylko na dłuższych odcinkach.
Rewelacyjna jest kierownica – mała, gruba, doskonale leżąca w
dłoniach, regulowana w dwóch płaszczyznach. Ale... umieszczona jest
nieco za wysoko i żeby usiąść naprawdę prawidłowo i wygodnie
należałoby dość wysoko podnieść fotel, a nie każdy lubi siedzieć jak
na traktorze. Przydałby się też opuszczany z boku fotela
podłokietnik. To oczywiście zastrzeżenia z kategorii czepiania się.
Zważmy jednak, że testowany model kosztuje 133 tysiące złotych i
osoba planująca wydanie tej niemałej kwoty czepiać się ma pełne
prawo.
Ładne i
czytelne są natomiast wskaźniki, z niewielkim, za to centralnie
umieszczonym obrotomierzem i znajdującym się w prawym „zegarze”
prędkościomierzem. W lewym mamy wskaźnik poziomu paliwa i
temperatury płynu chłodzącego (duży plus) oraz wyświetlacz wskazań
komputera pokładowego lub nawigacji.

Nawigacja
jako taka to zresztą osobna historia. Nie jest przyjazna dla
użytkownika i przed uruchomieniem stanowczo zalecana jest dokładna
lektura instrukcji. W naszym testowym egzemplarzu niestety jej nie
było, działaliśmy trochę metodą prób i błędów, stąd może ewentualne
niedopatrzenia. W każdym razie wnioski są następujące: średnio
czytelna mapa, brak możliwości połączenia wyświetlania mapy i
strzałek wskazujących kierunek, oraz – przykra sprawa – konieczność
podejmowania decyzji... czy korzystamy z nawigacji, czy słuchamy
muzyki. W aucie zabrakło bowiem zmieniarki płyt CD, a wewnętrzny
odtwarzacz zajmuje płyta nawigacji właśnie. Ale – tym razem na plus
– wskazania są dokładne, i choć system nie zawsze wyznacza optymalną
trasę, to w Warszawie orientuje się świetnie i szybko przelicza nowe
polecenia w końcu doprowadzając nas do celu.
Jako
samochód rodzinny Toledo sprawdzi się nieźle. Tylne siedzenia są
wygodne (oczywiście poza środkowym, które można przeznaczyć
ewentualnie dla teściowej a i to na krótkim odcinku). Kanapa
przesuwa się, a pochylenie oparcia reguluje. Środkowa część oparcia
składa się tworząc podłokietnik. Zapomniano jednak o prostym kawałku
plastiku i po opuszczeniu tego podłokietnika w oparciu zieje dziura
przez którą można dostać się do bagażnika. Tu konkurencja spisuje
się lepiej, inwestując w odsuwaną klapkę.
Po
przesunięciu kanapy bagażnik istotnie powiększa się, zakrywany od
góry jest jednak nie roletą a sztywną półką – czyli znowu dająca
dostęp do wnętrza bagażnika dziura. Sam przedział ładunkowy jest
duży i pozbawiony wystających nadkoli, dostęp do niego jednak jest
trochę utrudniony – pomimo wielkiej klapy otwór załadunkowy jest
niewielki, na dodatek zaczyna się bardzo wysoko.

Podsumowując – jak każdy samochód ze stajni Volkswagena, Seat Toledo
na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie auta przemyślanego i
podporządkowanego wygodzie użytkowników. Po dokładniejszej inspekcji
okazuje się niestety, że część dobrych pomysłów zmarnowano, nie
dopracowując ich do końca. Można z tym żyć, trudno na tym świecie o
jeżdżące ideały, ale za tak wygórowaną cenę klient ma prawo
spodziewać się trochę więcej. Nic natomiast nie odbierze temu
samochodowi znakomitych właściwości jezdnych, i to przy
umiarkowanym, bo ograniczonym do 8 – 8,5 l/100 km zużyciu paliwa.
A choć o
gustach się nie dyskutuje, Seat podobno planuje już następny model
Toledo, który znowu będzie ładnym, klasycznym sedanem. Czyli
charakter bullterriera, uroda golden retrievera. Oby nie wyszedł –
zwyczajny mieszaniec.
