Dla wielbicieli marki
VW Fox 1.4 TDI
tekst i
zdjęcia: Maciek Medyj
W zamierzchłych czasach, czyli w latach 70-tych i 80-tych zeszłego
stulecia, mianem FOX Volkswagen określał najprostsze i najtańsze
wersje najmniejszego wtedy modelu firmy, a mianowicie Polo. Teraz
nieprzypadkowo wykorzystano skojarzenie Fox = tanio, ale podchodząc
do tematu w całkowicie nowy sposób. Lisek jest zupełnie nowym
samochodem, podobnym do Polo tylko tak, jak ten ostatni do Golfa.
Czyli rodzinne koligacje widać od razu, a trzeba przyznać, że nie
tylko w namacalnych aspektach… Tożsama jest także… polityka cenowa.
Ale o tym później, najpierw skupmy się na tym, co mogliśmy zobaczyć
albo czego dotknąć.
Prawie jednobryłowe nadwozie Foxa sprawiało wrażenie foremnego, ale
tylko gdy patrzyło się na nie z boku. Kontemplując je z przodu
nabraliśmy wątpliwości na temat pojemności kabiny, a nawet
właściwości jezdnych. To, że Fox jest wyższy niż szerszy może
jeszcze o niczym nie świadczy, w końcu teraz wiele samochodów tak
się prezentuje, ale jego maska i przednia część kabiny wydały się
nam wyraźnie zbyt obfite w porównaniu z resztą samochodu. Wyglądało
to wszystko jak zlepek koncepcji stylistycznych wynikających z próby
połączenia w jedność trzech wymagań - podobieństwa do innych
Volkswagenów, pojemności kabiny i niewielkich rozmiarów. Czyli
karykatura Polo.
Szukając objawów pojemności wnętrza zauważyliśmy, że deska
rozdzielcza, choć uporządkowana i prosta, zajmuje w nim sporo
miejsca. Wszystko przez ostry kąt pochylenia przedniej szyby. Zegary
zostały skupione w kompaktowej formie pod małym daszkiem, co nie
ujmowało im czytelności. Przyciski i pokrętła centralnej części
rozmieszczono jak w każdym Volkswagenie, choć jednak trochę za nisko
w stosunku do kierownicy i lewarka skrzyni biegów. Zupełnie bez
powodu, bo miejsce wyżej było, niepotrzebnie zajęte przez półeczkę
na niewiadomo-co, podkreśloną srebrną listwą. Tak jakby to akurat
była najważniejsza część wnętrza. Plusem był zamykany schowek
naprzeciwko siedzenia pasażera. Nieźle zagospodarowano kieszenie w
drzwiach. Boczki ze swoim nowoczesnym designem stanowiły jeden z
najciekawszych elementów wnętrza.
Najważniejsza część kabiny, czyli fotele, zostały przez producenta
potraktowane po macoszemu. Ich ukształtowanie ma mało wspólnego z
ergonomią i choć na takie nie wyglądają, to kontakt cielesny,
szczególnie długotrwały, pozostawiał niemiłe wspomnienia. Przesadne
i nieregulowane podparcie odcinka lędźwiowego wypychało plecy
kierowcy, nie mówiąc o braku trzymania bocznego. Na pocieszenie
zostaje spora ilość miejsca dla dwóch pasażerów z tyłu, choć miejsca
starczyłoby i dla trzech, ale żeby nie pozwolić na przeładowanie
Foxa, w środkowej części siedziska zamontowano na stałe niewielką
półeczkę z dwoma uchwytami na napoje. Zaletą jest również płaska
podłoga, którą można uzyskać w powiększonym przez złożenie tylnej
kanapy bagażniku. Wersja dzielona wymaga dopłaty, podobnie jak ta
przesuwana. Natomiast sam bagażnik, jak można było się
spodziewać, był niewielki, akurat żeby zapakować się na tenisa.
Drobne codzienne zakupy też się by się zmieściły.
Volkswagen Fox posiada teoretycznie tę samą jednostkę napędową,
którą można znaleźć pod maską innych aut z tego samego koncernu,
czyli na przykład Skody Fabii albo Seata Ibizy. Trzycylindrowy turbo
diesel, o oznaczeniu TDI, ma 70 KM i 155 Nm momentu obrotowego
dostępnego już od 1600 obr/min. Fox z tym slnikiem będzie dostępny w
sprzedaży od nowego roku. Jednak ten sam silnik w Skodzie i Seacie
ma moc 75 KM i 195 Nm momentu osiąganego przy 2200 obr/min. Wydawało
by się, że to niewielki uszczerbek, i że nie powinien mieć wpływu na
osiągi. Ale okazuje się, że różnica w ilości niutonometrów była
bardzo odczuwalna, szczególnie w trasie, gdzie Fox, radził sobie
raczej kiepsko. Także w mieście brakowało elastyczności. Dlaczego
więc zabrano te 5 KM i aż 40 Nm? Prawdopodobną przyczyną jest
rozmiar samochodu w porównaniu do swoich większych „braci”. Lepsze
osiągi w takim maluchu, o tych proporcjach nadwozia i takiej
konstrukcji zawieszenia, mogły by stanowić dla wielu kierowców
zagrożenie. Prędkość maksymalna podana przez producenta zgadza się w
100% - 160 km/h, i to wszystko na co było stać naszego Foxa. Powyżej
120 km/h wciśnięcie gazu jakby nie skutkowało - dalsze rozpędzanie
trwało bardzo, bardzo długo. A co z kulturą pracy? W czasie
normalnej jazdy nic nam szczególnego nie doskwierało, ale stojąc pod
światłami przed skrzyżowaniem czuliśmy, jak autem wstrząsają
nieprzyjemne, nieregularne dreszcze. Kiedy temperatura otoczenia
spadała poniżej 0 stopni, po uruchomieniu silnika było słychać w
kabinie donośne klekotanie pompowtryskiwaczy. Intensywność tego
dźwięku malała wraz z rozgrzewaniem się jednostki napędowej.
Pozostawało charakterystyczne, rasowe brzmienie trzycylindrowego
diesla.
Oczywiście najważniejszą zaletą tego silnika okazało się niskie
spalanie. W mieście można było się zmieścić bez problemu w pięciu
litrach, a w trasie nie przekroczyć czterech litrów na sto
kilometrów.
Pięciobiegowa skrzynia posiadała dobrze dobrane przełożenia, co
łatało nieco dziurę wynikającą z „okrojenia” silnika. Praca samego
lewarka nie wzbudzała żadnych zastrzeżeń, jak w każdym Volkswagenie.
Dźwignia precyzyjnie trafiała w poszczególne biegi i miała krótki
skok.
Zawieszenie Foxa dobrze wybierało nierówności, nic w nim nie
stukało, więc wydawało się w miarę komfortowe, może trochę za bardzo
jak na gabaryty samochodu, bo nadwozie mocno przechylało się na
zakrętach, skutkując również dokuczliwą podsterownością. Dało się
też odczuć wrażliwość auta na boczne podmuchy wiatru, co wynika ze
stosunku jego szerokości do wysokości. Dlatego o sportowej jeździe
mogliśmy zapomnieć.
Testowana wersja nie posiadała ABS-u, co w dzisiejszych czasach, w
aucie z takiego koncernu, oraz w tak „bogatej” konfiguracji może
dziwić, szczególnie że w Niemczech 1.4 TDI system ABS ma w
standardzie. Na mokrej nawierzchni, trzeba się było mocno pilnować, aby
nie zablokować kół i w sytuacji awaryjnej hamować pulsacyjnie. Na
suchej nawierzchni hamulce działały bez zastrzeżeń, jeżeli
uważaliśmy na niespodzianki typu piasek lub plama oleju.
Cena za wersję podstawową Foxa z silnikiem benzynowym 1.2, wynosząca
niecałe 32 tysięcy złotych, wydaje się atrakcyjna. Ale
jakiekolwiek dodatki, nawet te poprawiające bezpieczeństwo, jak
dodatkowe poduszki powietrzne albo ABS, kosztują, jak to u
Volkswagena, bardzo dużo. A lista wyposażenia ponad to bazowe jest
długa. Wersja testowana kosztowałaby około 56 tysięcy. W
porównaniu z tym co oferuje konkurencja, jest to kwota
astronomiczna. Pomijając fakt, że małe samochody innych firm
kosztują taniej z lepszym wyposażeniem, to za taką ilość polskich
złotych można kupić całkiem duże auto, któremu mały Volkswagen do
pięt nawet nie urasta. Fox pozostaje więc atrakcją chyba tylko dla
wielbicieli marki.
