Podróż sentymentalna
Arcus Classic Rally 2005 - część 1
Michał
Nejbauer, fot.
autor, Renata Sobczak, Tomasz Skrzeliński, Maciek Medyj
Jest wrześniowy
poranek, przy pełnym słońcu grupa entuzjastów zbiera się, by
wyruszyć na trasę samochodowego rajdu. Nie jest to jednak rajd z
walką o punkty w klasyfikacji generalnej mistrzostw czegoś tam, ale
rajd towarzyski, w którym nie liczy się to by wygrać, ale by
dojechać do celu w doborowym towarzystwie. Smaczku dodaje wiek
startujących pojazdów, z których najmłodszy liczy sobie 36 lat, a
najstarszy aż 78 wiosen. A wszystko to jest możliwe dzięki uporowi
Tomasza Skrzelińskiego,
rzeczoznawcy techniki samochodowej i ruchu drogowego uprawnionego do
współpracy ze służbą ochrony zabytków, który mimo wielkich
trudności, stwarzanych przez szarą codzienność ale również
nieprzychylne osoby i instytucje, stara się krzewić szacunek i
podziw dla ruchomych zabytków techniki. Niemniejsze zasługi ma tu
firma Arcus, która zdecydowała
się wesprzeć finansowo ten rajd, bo bez pieniędzy nie jeżdżą żadne
samochody, a tym bardziej te zabytkowe, wymagające większej opieki.
Właśnie na
parkingu firmy Arcus, przy ul. Miłej 2 w Warszawie, przygotowują się
do startu załogi w następujących samochodach:
Willys MB Jeep z
1943 roku
Austin z 1955 roku
Cadillac
four-window Sedan de Ville z 1960 roku
Ford Thunderbird
Convertible z 1960 roku
Warszawa M20 z
1963 roku
Cadillac de Ville
Convertible z 1969 roku
Fiat Spider z 1981
roku
Mnie przypadła
rola pilota Willysa, którego kierowcą (i właścicielem) jest płk.
Hipolit Rokicki. Ale wsiąść do Jeepa jeszcze nie mogę, muszę się
przebrać, płk. Rokicki ma na sobie mundur pułkownika Strzelców
Karpackich, więc i ja przywdziewam battledress, ale szeregowca 1
Samodzielnej Brygady Spadochronowej, choć bez "Polish
Jump Eagle Qualification Badge" nad lewą kieszenią.
Jeszcze tylko brytolski hełm na głowę i ekipa Polskich Sił Zbrojnych
na Zachodzie gotowa do wymarszu.

Pilot każdej
załogi otrzymuje itinerer trasy, a komandor rajdu, Tomasz
Skrzeliński w hawajskiej koszuli i jasnym kapeluszu - wszak
podróżuje kabrioletem Fordem Thunderbirdem - do startu nawołuje
poprzez megafon. Błyskawiczne ustalenie kolejności w szyku i
wyjeżdżamy z siedziby firmy Arcus.

Jest sobotni
poranek, na ulicach Warszawy jeszcze niewielu przechodniów, ale
szpaler zabytkowych samochodów przyciąga uwagę napotkanych pieszych
i kierowców. Korków jeszcze nie ma, więc dość szybko wyjeżdżamy z
miasta w kierunku Puszczy Kampinoskiej. Nasz Willys w barwach 3
Dywizji Strzelców Karpackich nadaje kolumnie spokojne tempo,
jedziemy 25-30 mil na godzinę, czyli w granicach 40-48 km/h. W
powiewach ciepłego wiatru docieramy bez przeszkód do kampinoskiej
Roztoki, na pierwszą w tym rajdzie próbę sportową.

Na dużym parkingu
przy barze
ustawiamy w rzędzie Willysa, Austina i trzy Cadillacki, z dala od
nas parkuje Warszawa M20. Jej kierowca, Jurek Zawistowski, wyjmuje z
pakownego bagażnika garbatej Warszawy kilka gumowych pachołków,
które komandor rajdu ustawia w slalom. Rozpoczyna się próba:
przejazd slalomem na czas, a wszystkim zawiaduje komandor
Skrzeliński za pomocą megafonu.
Jako pierwsza startuje Warszawa,
pochodząca ze zbiorów Tomasza Skrzelińskiego. Aż miło popatrzeć, jak
42-letnia flagowa limuzyna polskiego socrealizmu, zwinnie lawiruje
pomiędzy pachołkami i wykręca czas przejazdu 20 sekund. Później się
okaże, że to drugi najlepszy czas w tej próbie! Zresztą, duma
polskiej socjalistycznej motoryzacji jeszcze w tym rajdzie wykaże
swoją wyższość nad imperialistycznymi pojazdami.

Jako drugi
startuje Szaya swoim 36-letnim Cadillackiem de Ville. Potężny
"amerykan" śmiga w slalomie, ale na ostatniej pętli pojawia się
problem: średnica zawracania krążownika jest zbyt duża, Szaya musi
użyć wstecznego biegu. Ostatecznie wykręca czas o 5,2 sekundy gorszy
od Warszawianki.

Czas na kolejny
produkt amerykański, tym razem wojskowy. Pułkownik Rokicki bez
problemu demonstruje zwinność 62-letniego Willysa, samochodu, który
wygrał II wojnę światową. Czas przejazdu: 16,2 sekundy - rekord,
którego nikt już tu dziś nie pokona.

Po Willysie ze
slalomem mierzy się następny krążownik, 45-letni biały Cadillac
four-window Sedan de Ville. I typowy problem długiego nadwozia, więc
znów zawrotka na trzy i czas 23 sekundy.

Amerykańskie
starty przerywa brytyjski perłowy Austin, obchodzący w tym roku
okrągłe, 50-te urodziny. Przepiękna i świetnie utrzymana limuzyna
jest dużo krótsza od Cadillacków, ale okazuje się, że to niewiele
pomaga: przednie koła mają bardzo mały kąt skrętu, więc promień
zawracania Austina jest zadziwiająco duży i również nie pozwala na
zawrotkę za jednym razem. Czas przejazdu: 24 sekundy.

W międzyczasie do
rajdu dołączają z opóźnieniem jeszcze cztery samochody:
Austro-Daimler
A.D.R. z 1927 roku
BMW Dixi z 1929
roku
Fiat 518 z 1933
roku
Mercedes W113 230
SL z 1964 roku
72-letni Fiat 518
niemal z marszu startuje w slalomie. Przedwojenna biała limuzyna
osiąga niestety najgorszy czas przejazdu w slalomie - 38 sekund.

Po niej do boju
rusza 76-letnie BMW Dixi na wąskich, niemal rowerowych kołach.
Zwinny, dwuosobowy kabriolecik nie bije co prawda rekordu, ale
okazuje się szybszy od wszystkich amerykańskich krążowników, choć
jego silnik jest kilkakrotnie mniejszy: 21 sekund.

Czas na samego
komandora rajdu. Tomasz Skrzeliński wpada pomiędzy pachołki swoim
45-letnim czerwonym Thunderbirdem, ale znowu problem z długością
samochodu i wynik 25 sekund.

Trochę młodszym,
bo 41-letnim, ale również czerwonym kabrioletem Mercedesem 230 SL,
Roman Zaczyk pokonuje slalom w 20,2 sekundy, czyli o 0,2 sekundy
wolniej niż poczciwa Warszawa M20.

Jako ostatni
startuje najstarszy uczestnik rajdu, Apolinary Bartnicki w
78-letnim, pięknym Austro-Daimlerze A.D.R. Ten unikatowy samochód
jest starannie odrestaurowany i mógłby być ozdobą każdego muzeum na
świecie. Ale wiek pojazdu robi swoje, najpierw problemy z
odpaleniem, potem silnik się przegrzewa, więc A.D.R. nie kończy
slalomu.

Fiat Spider z
ekipą Arcusa - PR managerem Piotrem Gawronem i specjalistą ds.
marketingu Renatą Sobczak - nie bierze udziału w klasyfikacji rajdu,
więc w slalomie nie startuje. Po pierwszej próbie sportowej chwila
odpoczynku w barze przy wspaniałym żurku i ruszamy dalej, teraz już
w komplecie, przez malownicze lasy Puszczy Kampinoskiej.

Docieramy do
ruchliwej trasy Warszawa-Poznań. Na szczęście wszystkie samochody
sprawnie wbijają się w sznur pojazdów ciągnących w kierunku stolicy
Wielkopolski, ale zaraz skręcamy w lewo, na parking Kuźni
Napoleońskiej. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko o niemałej
sensacji, jaką wzbudzamy na skrzyżowaniu i przed Kuźnią, wszak widok
tylu weteranów naraz nie zdarza się zbyt często. Po zaparkowaniu
maszyn każda załoga otrzymuje podkowę, którą będzie musiała
wykorzystać w dalszym etapie rajdu i wszyscy idziemy na obiad, bo
przecież nie samymi zabytkami człowiek żyje.

Czas goni, więc zaraz po obiedzie
komandor Skrzeliński wzywa wszystkie załogi do wyjazdu w stronę
Niepokalanowa, gdzie czeka nas wizyta w miejscowej jednostce
Ochotniczej Straży Pożarnej, ale bardzo wyjątkowej.

Po kilku minutach
jazdy docieramy do bramy siedziby OSP Niepokalanów. Dlaczego ta
jednostka jest tak wyjątkowa? Bo to jedyna zakonna straż pożarna,
jedyna taka w świecie. We wrześniu 1928 roku powstaje tu drewniane
osiedle i klasztor oo. Franciszkanów. Przełożony klasztoru, Ojciec
Maksymilian Kolbe, mówił: "To
co otrzymujemy od ludzi, nie jest nasze, wszystkie budynki i całe
wydawnictwo należy do społeczeństwa, dlatego też musimy czuwać, aby
się coś nie zniszczyło. Dobrze byłoby pomyśleć i stworzyć coś w
rodzaju straży, gdyż pożar na naszym terenie może powstać bardzo
łatwo".
Organizację straży pożarnej powierzono bratu Salezemu
Mikołajczykowi. Dość szybko zorganizowano podstawowy sprzęt
pożarniczy, a okoliczni mieszkańcy podarowali hełmy mosiężne, które
oo. Franciszkanie pomalowali na czarno. Wkrótce do Niepokalanowa
przybył instruktor pożarniczy K. Uzarowicz i zaproponował założenie
OSP. Tak też się stało, a pierwsze wykłady i kursy w 1931 roku
prowadził pułkownik pożarnictwa J. Boguszewski. Bracia zakonni z
początku ćwiczyli tylko w niedziele, z braku czasu w dni powszednie,
szybko też zaczęli ćwiczyć w praktyce, czyli przy gaszeniu
okolicznych pożarów.
Na placu klasztoru
stoją trzy wyjątkowe samochody. Pierwszym z nich jest Minerva GM-4 z
1927 roku, samochód podarowany braciom strażakom przez niemieckiego
okupanta w 1941 roku. Minervę bracia zaadoptowali na potrzeby
pożarnictwa we własnym zakresie i użytkowali go do roku 1958. Ale
Minerva do dzisiaj jest na chodzie, co chętnie i z dumą prezentuje
nasz przewodnik, prezes OSP Niepokalanów, brat Janusz Kulak.
Nieopodal stoją jeszcze dwa pojazdy, Fiat 130, z którego Jan Paweł
II korzystał w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku, a
także samochód-kaplica, którym nasz Papież przebył klęcząc z Placu
Defilad pod Kolumnę Zygmunta w Warszawie 14 czerwca 1987 roku, na
zakończenie II Krajowego Kongresu Eucharystycznego.

Czas na kolejną próbę sportową, tym
razem wykazać się muszą piloci załóg. Próba polega na rzuceniu
podkową - otrzymaną w Kuźni Napoleońskiej - i trafieniu do leżącej
opodal oponę samochodową. Zadanie wydaję się być bardzo łatwe, więc
wszyscy ochoczo do niej przystępują: cywile, żołnierze, kobiety, a
nawet brat Janusz Kulak próbuje swych sił w tej dyscyplinie.

Próbę wygrywa Jarosław Paszkowski z
załogi Fiata 518, uzyskując dwa trafienia na trzy próby. Ja muszę
zadowolić się drugim miejscem, które - choć wysokie - dzielę z
pięcioma innymi konkurentami. Tak naprawdę tylko trzem pilotom nie
udało się trafić podkową do wnętrza opony, próba okazała się więc
bardzo wyrównaną.
Na dziedzińcu klasztoru wykorzystujemy
okazję, by ustawić razem cztery czerwone kabriolety, biorące udział
w naszym rajdzie. Dwa potężne "amerykany" przytłoczyły dużo
mniejszego Mercedesa, a maleńkie Dixi jest od nich aż dwa razy
krótsze. Na poniższym środkowym zdjęciu okazuje się, że zebraliśmy
razem nie cztery, a pięć kabrioletów, choć ten ostatni napędzany był
końmi żywymi a nie mechanicznymi i miał trochę inne przeznaczenie.

Brat Janusz Kulak wprowadza nas do
remizy, gdzie mieszczą się dwa samochody pożarnicze, osprzęt i
szatnia braci strażaków. Ich stroje bojowe są teraz zgodne z
wymogami współczesnego pożarnictwa, a wyjątkowe wrażenie robią
naszywki na rękawach i podpisy przy srebrnych kaskach ze złotymi
przyłbicami, zawierające "Br." przed nazwiskiem.

Pamiętać jednak trzeba, że jeszcze w
latach 90-tych minionego stulecia bracia strażacy ruszali do akcji w
sutannach. Historii tej, jak i wielu innych, dowiadujemy się z
muzeum OSP Niepokalanów, mieszczącego się w dwóch pomieszczeniach na
piętrze remizy. Zadziwiająca jest ilość zebranych tu eksponatów,
związanych z historią klasztornej straży pożarnej, ale nie tylko.
Bardzo ciekawa jest na przykład gablota z hełmami strażackimi,
pochodzącymi z różnych stron świata i epok, a wśród nich okaz
wyjątkowy: niemiecki hełm w barwach straży pożarnej Powstania
Warszawskiego. W muzeum zgromadzono również wiele sprzętów
strażackich, od masek tlenowych do pomp, kompletny strój bojowy
strażaka franciszkanina, niemieckojęzyczne tablice z okresu okupacji
i polskojęzyczne plakaty z okresu "socjalistycznego rozkwitu".


Niemniejszą skarbnicą wiedzy jest sam
brat Janusz Kulak, prezes OSP Niepokalanów, nie sposób przedstawić
tu wszystkich informacji z historii franciszkańskiej straży czy
wielu opowieści i anegdot z nią związanych. Ale bracia franciszkanie
z Niepokalanowa to zakon na wskroś nowoczesny, więc mają nawet
własną stronę internetową:
www.osp.franciszkanie.pl, którą gorąco polecam.
Wyjeżdżamy już z Niepokalanowa i ruszamy poprzez Puszczę Bolimowską
w stronę Nieborowa. Ale o tym opowiem w następnym numerze... 
[część
2 >>>]