Koreańska Kia zaatakowała polski rynek najmniejszym modelem o wielce obiecującej nazwie Picanto. Plan ataku był dość prosty: czterodrzwiowe autko za nieduże pieniądze dla niewiele zarabiających obywateli środkowo-europejskiego państwa. Na tym rynku sukcesy odnosiły już różne Matizy, Pandy i inne małe wozidełka, które w cywilizowanych krajach spełniają rolę trzeciego albo czwartego samochodu w rodzinie, zaś jedynie w Polsce dostąpiły zaszczytnego miana samochodów rodzinnych. Co prawda sukcesy były krótkotrwałe, bo taki na przykład przeciętny polski nauczyciel zarabia trochę więcej niż jego północnokoreański kolega po fachu, ale zdecydowanie mniej od południowokoreań-skiego zbieracza ryżu na rencie inwalidzkiej.

Ale wróćmy do tematu: Picanto zabrzmiało nieźle, pikantnie (skojarzenie oczywiste, choć nie wiem czemu nasuwało mi się raczej Pinokio, naprawdę nie wiem dlaczego). Tym chętniej więc wyrwaliśmy testowy egzemplarz z parku prasowego Kia Motors Polska, choć łatwo nie było. Otrzymaliśmy srebrnego szerszenia z silnikiem 1,1 litra o mocy 65 KM. Prezentował się jak typowy mały samochód, w którym stylistyka ustępuje wyciskaniu jak największe-go wnętrza z jak najmniejszej bryły nadwozia. Jednak, w odróżnieniu od konkurentów, Picanto ma wyraźnie zaznaczoną i masywną wręcz maskę silnika. Z profilu nadwozie jest bardzo zwarte i na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie trzydrzwiowego, tylne drzwi zostały dyskretnie wkomponowane w bardzo udany tył z dużymi lampami.

 

Dwubarwne wnętrze Picanto prezentuje się całkiem ciekawie, choć w naszej wersji było szaroczarne. Deska rozdzielcza ma bardzo tradycyjny układ i środkową konsolę skierowaną ku kierowcy, rozjaśnioną plastikową imitacją aluminium. Takiego akcentu brakuje na niebrzydkiej kierownicy, wtedy wyglądałaby ona naprawdę efektownie. Zestaw zegarów jest bardzo prosty i sympatyczny, z czerwonymi wskazówkami. Wykonanie całości jest bardzo poprawne, tworzywa są niezłe (oczywiście jak na przedział cenowy) i dobrze spasowane.

[dalej >>]